Przeskocz do treści

Spokojnie

1 Marzec 2012

Wszystko będzie, jak być powinno,

tak już jest urządzony świat.

.

.

Ktoś mi kiedyś powiedział “po prostu nie jesteś typem osoby w której życiu nic się nie dzieje”. Ale przecież właśnie nic się nie dzieje. Jeśli odjąć życie wewnętrzne, sny, muzykę, książki i te wszystkie niespełnione plany, niedokończone scenariusze, wyśnione miłości itd. to zostaną studia i solidnie rozkręcone życie towarzyskie. To wszystko. Zaraz zajrzę do skarbonki, zobaczę co by tu można. W sobotę do Krakowa na gofry i do teatru, co za konstruktywny plan. M. tymczasem radzi mi: zaangażuj się w coś. W co? Nie wiem, pomyślę jutro. Teraz czas jechać na proseminarium i czeski.

Jadę tramwajem i wyobrażam sobie, że ludzie, którzy na mnie patrzą, nienawidzą mnie. Za to, że jestem młoda, zdrowa, ładna, mam kasę. Szczególną nienawiść musi budzić młodość, te wszystkie możliwości, brak zobowiązań, kredytów, dzieci, mężów, żon, teściów, starych i schorowanych rodziców, księdza po kolędzie.
Cóż za niewesoła, pokraczna myśl.

Śniło mi się dziś, że napisałam coś naprawdę dobrego i wulgarnego. Dałam to do czytania jakimś wpływowym ludziom, a oni nie mogli się nadziwić, nachwalić, powtarzali tylko, że to nie w moim stylu, że nie wiedzieli, że potrafię tak pisać. Potem obudził mnie sms, który przypomniał mi, że moje życie uczuciowe przywodzi w tej chwili na myśl najbardziej kiczowate piosenki à la lata 80te. Jak Right Here Waiting Richarda Marxa dajmy na to. Brakuje mi tylko natapirowanej grzywy i fortepianu. Może faktycznie powinnam się w coś zaangażować. Będę pisać harlequiny, jak Jack Nicholson w Lepiej być nie może. Niezła kasa i można być chamskim dla ludzi. Z drugiej strony chyba nie nadaję się na spisovatelkę, bo mam słabą pamięć. Pisarz musi zapamiętywać co ludzie mówią. Ze szczegółami. Na dodatek chodzę po mieście ze słuchawkami w uszach. Zamiast podsłuchiwać, zbierać historie, robię sobie dobrze muzyką. Wszystko marność, za to jest coraz cieplej i uśmiecham się coraz więcej. Jeszcze dzień, dwa i będzie można fikać po Powiślu, po Plantach, gdzie oczy poniosą. Przy okazji porobi się trochę magii, wywoła cuda spod zmarzniętej ziemi, utopii kochanków z szafy, pójdzie na lody i wypuści na wolność skotłowane myśli. Taki mały plan.

I jeszcze jedno. Gardzę obliczaniem prawdopodobieństw i statystykami. Zwyczajnie nie wierzę w rzeczy, które nie mieszczą się między słowami.

To trwa już pół godziny, włącz coś nowego

25 Luty 2012

Ostatnio chcę poczuć się kimś innym. Stukam obcasami i już jestem w pubie, chłopcy stawiają kolejkę piwa. Pierwszą, drugą, trzecią. Jest zimno. Pamiętasz sobotnią noc? – pytam A. – Pamiętasz jak tańczyłyśmy do Rihanny? Nie pamięta, ale przyznaje, że to prawdopodobne. Karnawałowy ciąg zdarzeń odrealnionych przez zabawę do przesady. Przez chwilę zastanawiam się kim jestem i co znowu robię z cudzym kolanem przyciśniętym do mojego. Jest trochę niewygodnie. Mrugam, jedziemy gdzieś dwoma taksówkami, dziewczyny poza M. poszły do domu, jak ja wrócę do domu? Brudny blok, brudna winda, jakieś ciemne mieszkanie. Na kanapie siedzi dwóch chłopców, mają zamglone oczy. Jeden z nich śmieje się cały czas, drugi jest zupełnie nieobecny, nawet się nie uśmiecha. Nic nie mówią, nabijają tylko beznamiętnie i systematycznie szkło. Na stole butelki i lufki, naprzeciwko wielki ekran z jakimś porno. Porno idealnie podkreśla klimat – myślę. Sama bym lepiej takiej sceny nie wymyśliła. Warszawska noc w uniwersalnym stylu brania wszystkiego takim, jakie jest. Jakbyśmy za bardzo wczuli się w lekturę Dzieci z Dworca Zoo, za mocno zainspirowali biografiami rockowych idoli, za dużo razy obejrzeli Trainspotting, za bardzo potrzebowali kofeiny i adrenaliny. Jakby za często było nam wszystko jedno, jakbyśmy zapomnieli, że nie musimy już być dziećmi z krzywym uśmiechem i wilgotnym przecinkiem między ustami. Reorganizując się kaczką, śmiejąc z rzygusiek. To co czuję, to nie jest śmierć – mówi odkrywczym tonem K. Umieram, ale to co czuję, to nie jest śmierć – powtarza z naciskiem. Ma rację. Umieramy cały czas. Zaciągam się i próbuję zapomnieć kim jestem. M. podaje mi z uśmiechem kolejne piwo i łapie za nogę, a może mi się wydaje? Mimowolnie patrzę na jego jeansy i blond włosy. Lubię poznawać nowych ludzi. K. patrzy na mnie tak jak zawsze. Rozumiem ich wszystkich bez słów, nie ma między nami żadnych barier, jesteśmy zjednoczeni. A noc jeszcze młoda. Śmiejemy się do utraty tchu.

***

Następnego dnia jest ciepło, pierwszy raz w tym roku mogę iść na spacer, usiąść na ławce w parku, słuchać muzyki i patrzeć na obściskujące się pary. Jakaś dziewczyna pokrywa chłopaka, niczym się nie przejmują. Nie przeszkadza mi to, nie przeszkadza mi samotność, nic mi nie przeszkadza. Zastanawiam się, gdzie byłam ostatniej nocy. Potem myślę o ludziach, których lubię najmocniej, z którymi nie uciekam od siebie. Delikatne stwory, Poety Przeklęte. Z nimi tłukę się bezlitośnie poduszkami, gram w szachy wymyślając nowe figury (zgoniec!), czule tańczę, przytulam się, śpię i leżę w pościeli całe przedpołudnia. Nikt nie oczekuje za to seksu, nikt nie doszukuje się niczego we wspólnej zabawie i nie nadaje jej znaczeń ostatecznych. O to mi teraz chodzi – myślę.

***

The Coasters – Down in Mexico

Down in Mexicali
There’s a crazy little place that I know
Where the drinks are hotter, than the chili sauce
And the boss is a cat named Joe

He wears a red bandana
Plays a cool piana
In a honky tonk, down in Mexico
He wears a purple sash, and a black moustache
In honky tonk, down in Mexico

Well, the first time that I saw him
He was sittin on a piano stool
I said “Tell me man, when does the fun begin?”
He just winked his eye and said “Man, be cool.”

He wears a red bandana
Plays a cool piana
In a honky tonk, down in Mexico
He wears a purple sash, and a black moustache
In a honky tonk, down in Mexico

In Mexico…

All of a sudden in walks a chick

In Mexico…

Joe starts playin on a latin kick

In Mexico…

Around her waist she wore three fishnets

In Mexico…

She started dancin with the castanets

In Mexico…

I didn’t know just what to expect

In Mexico…

She threw her arms around my neck

In Mexico…

We started dancin all around the floor (In Mexico…)
Until she did a dance I never saw before

So if you’re south of the border
I mean down in Mexico
And you wanna get straight
Man, don’t hesitate
Just look up a cat named Joe

He wears a red bandana
Plays a cool piana
In a honky tonk, down in Mexico
He wears a purple sash, and a black moustache
In a honky tonk, down in Mexico

Yeah, como esta usted senorita
Come with me to the border, south of the border, that is
In Mexico, yeah in Mexico
You can get your kicks in Mexico
Crazy, come with me baby, come with me, come with me, crazy, yeah

Ból przewlekły pod kontrolą

17 Luty 2012

- Co pani jest?
- Boli mnie serce.
- To znaczy CO?

Jestem u lekarza. Państwowa służba zdrowia.

- Lewa strona klatki piersiowej.
- No właśnie, nie jest pani lekarzem, nie wie pani czy to serce czy coś innego.

Racja, sama wiem, że to nie serce. Przynajmniej nie w sensie, w jakim rozumie to ta opryskliwa kobieta.

- Czemu pani nie zostawiła kurtki w szatni? Czemu nie ma pani przy sobie dowodu, że jest pani ubezpieczona? Jak mam z panią rozmawiać? Jak pani odczuwa ból?
- Nie mogę spać, nie mogę oddychać, to chyba nerwy…
- Ból jest kłujący? Ostry?
- Nie.
- Puls ma pani jakiś do niczego, nic nie czuć tutaj.
- Przepraszam.

Schodzę na dół na EKG. Już dwa razy mi to kiedyś robiono, zawsze wychodzi na to, że z sercem jest wszystko w porządku. Teraz też rozbieranie się przed dwoma lekarkami wygląda mi na jakąś kuriozalną ranną rozrywkę hipochondryczki, która zaczyna odkrywać w sobie upodobanie do ekshibicjonizmu. Nawet mi się podoba, jak po zdjęciu stanika młodsza lekarka koło mnie skacze, a starsza wydaje jej rozkazy. Gdy leżę półnaga, podłączona już do maszyny, wpada jeszcze trzecia i kompletnie mnie ignorując rzuca do tamtych
- to co, przynieść pączki z wódką?!

Tłusty Czwartek, prawie zapomniałam przez to wszystko.
Ubieram się, życzę wszystkim miłego dnia i wracam na górę do mojej lekarki.

- EKG w porządku. Czy miała pani ostatnio jakieś problemy osobiste albo na studiach? Jakieś silne emocje?
- W sumie to…
- Niech pani je magnez i kupi sobie coś na uspokojenie. Tak to czasem jest, jak się przeżywa jakieś ważne, złe czy dobre rzeczy.

To ostatnie zdanie wypowiada z niemal autentyczną troską. Podejrzewam, że rozczulił ją fakt, że nie chcę żadnego lipnego zwolnienia z zajęć. I trochę zaczynam ją nawet lubić, szczególnie za to, że nie pyta o naturę moich przeżyć, jak to mają w zwyczaju znani mi najlepiej lekarze, czyli psychiatrzy. I martwi mnie już tylko pytanie: czy to wszystko znaczy, że nie powinnam nic przeżywać? A co ważniejsze, czy powinnam ograniczyć kawę?

Ferie

14 Luty 2012

Out there in the cold

8 Luty 2012

Tak, czasem się cierpi, ale jest to jedyne przyzwoite wyjście.

Wiem jak jest mówię. Bo wiem. Tak, jesień była przyjemna, tak, była najlepsza. Przeszkadzało mi parę rzeczy, na przykład trochę to, że nie mogłam normalnie rozmawiać z ludźmi. Nawet z tymi dopiero co poznanymi, tak normalnie, w knajpie, na koncercie. Mówiłam o czymkolwiek, angażowałam się w to co mówię, coś opowiadałam, flirtowałam i w jakimś momencie niezmiennie napotykałam zmianę, błysk w pomalowanym oku i mieszające mnie swoją prostotą stwierdzenie “ty jesteś zakochana”. Nie lubię gubić wątków, nie lubię czuć się czytelna. Dlatego zawsze miałam satysfakcję z własnego, brzydkiego charakteru. Jak się ma brzydki charakter, to ludzie też mniej od ciebie chcą.

Drażni mnie, jak czytam słowa o uroku tęsknoty. W tym nie ma nic pięknego jak się jest w środku, to nie jakaś powieść czy piosenka, to ja i ja wiem. Wiem też, że wielu ludzi lubi dramatyzować i reżyserować sceny ze swojej codzienności, ale ja akurat tak nie. Ciągle zdumiewam się nad zwyczajnością, w dalszym ciągu niepomiernie cieszy mnie, kiedy rzeczy najważniejsze wpisują się w normalność. Zainscenizowana spontaniczność nosi w sobie już ciężar przeznaczenia zamówionego, wyretuszowanego, opakowanego i przewiązanego wstążką wspomnienia. Wygląda to pięknie, można sobie obejrzeć, pokazać, pochwalić się. I co?

Potrzebuję czegoś ciepłego, skotłowanego i dotykalnego. (Nie, w dalszym ciągu nie bierzemy do domu kota.)

***

Pan Cohen też ma brzydki charakter pisma. I zdaje się nową płytę wydał.

Leonard Cohen – In My Secret Life

I saw you this morning.
You were moving so fast.
Can’t seem to loosen my grip
On the past.
And I miss you so much.
There’s no one in sight.
And we’re still making love
In My Secret Life.

I smile when I’m angry.
I cheat and I lie.
I do what I have to do
To get by.
But I know what is wrong,
And I know what is right.
And I’d die for the truth
In My Secret Life.

Hold on, hold on, my brother.
My sister, hold on tight.
I finally got my orders.
I’ll be marching through the morning,
Marching through the night,
Moving cross the borders
Of My Secret Life.

Looked through the paper.
Makes you want to cry.
Nobody cares if the people
Live or die.
And the dealer wants you thinking
That it’s either black or white.
Thank G-d it’s not that simple
In My Secret Life.

I bite my lip.
I buy what I’m told:
From the latest hit,
To the wisdom of old.
But I’m always alone.
And my heart is like ice.
And it’s crowded and cold
In My Secret Life.

Poza czasem

7 Luty 2012

Weekend pełen niepokoju, babcia miała wylew. W jednej chwili bawiła się ze wszystkimi na imprezie z okazji urodzin ciotki, w drugiej pogotowie pakowało ją do karetki. Nie było mnie przy tym, obchodzenie pięćdziesiątki zostawiłam starszyźnie. Odwiedziłam babcię następnego dnia rano. Szpital prlowski koszmarek, ludzie tłumnie leżący na korytarzach, zapach fajek wypełniający szczelnie klatki schodowe. Babcia nie mogła znaleźć słów albo mówiła bez sensu. Fachowo to się chyba nazywa afazja. Mimo to usiadłam blisko, nie zwracałam uwagi na trudności i szukałam kontaktu, domyślając się o co chodzi. Mowa ciała to już bardzo dużo. To, że zna się kogoś całe życie, także pomaga. Wiedziałam na przykład, że babcia chce zapytać o Adama, bo zawsze mnie o niego pyta. On tak jak ja ma w rodzinie status zagubionej duszy, bo ciągle bez żony i bez tytułów naukowych.
Babcia analizowała sytuację, w jakiej się znalazła, a mi przyszła do głowy scena z Ojca Chrzestnego, gdy Michael widzi swojego ojca w szpitalu i coś się w nim kończy. Miałam wrażenie, że gdyby zabrakło babci, zapanowałby chaos. Podobna mojej dusza nie może tak po prostu odejść. Spojrzałam babci w oczy i poczułam, że ona tu jest, choć przestraszona. I chwilę jeszcze byłam dla niej. Obecność przy Tym Drugim, kiedy tego potrzeba, to dla mnie jedna z najważniejszych rzeczy na świecie. Jeśli cię nie ma tu i teraz, to wszystko traci na znaczeniu. Wszystkie intencje, niepodjęte akcje, uczucia i myśli.

Jak jestem w Lublinie przypominają mi się jakieś dziwne, dawno zapomniane historie, momenty. Jacyś ludzie, impresje z przeszłości. Nie wiedzieć skąd przypominam sobie, jak byłam kiedyś z D. na kawie w Rzeszowie i on opowiadał mi tak bardzo ciepło o swoim dziadku. Może dlatego, że to był jeden z niewielu naprawdę szczerych momentów z tamtych czasów. Widzieliśmy się z D. rzadko, typowy związek na odległość, więc jak już tam byłam, to prawie nie wychodziliśmy z łóżka. To była wielka ściema, on mnie okłamywał co do rzeczy drobnych i dużych, ja zasypiałam przy nim i śniła mi się znajoma. Co nie znaczy, że nie chciałam tego. Miałam swoje powody, potrzebowałam odtrutki na otaczający mnie katolicko ugrzeczniony rzyg oczekiwanego ode mnie odpowiedzialnego zachowania. Mam odruch gryźć i kopać, byle nie dać się zmieścić do żadnej szufladki. Wszystko jedno, czy jest to szufladka grzeczna czy niegrzeczna, romantyczna czy cyniczna.

Potem wracam do Warszawy i to wszystko zostaje za mną, i czuję niewysłowioną ulgę. To nie tak, że jakoś mocno boję się albo brzydzę swoją przeszłością. Ale ona raczej nic nie daje. Idzie się zawsze do przodu i tego trzymać się trzeba.

***

Jeszcze raz R.E.M. bo ten album to dla mnie muzyczny monument, zaklinający czas i przestrzeń, przywołujący najgłębsze, najdawniejsze tęsknoty. Każda piosenka po kolei.

R.E.M. – Half A World Away

This could be the saddest dusk
I’ve ever seen
Turn to a miracle
High alive
My mind is racing
As it always will
My hand is tired my heart aches
I’m half a world away here
My head sworn
To go it alone
And hold it along
Haul it along
And hold it
Go it alone
Hold it along and hold, hold.

This lonely deep sit hollow
I’m half a world
Half the world away
My shoes are gone
My life spent
I had too much to drink
I didn’t think
And I I didn’t think of you
I guess that’s all I needed
To go it alone
And hold it along
Haul it along
And hold it
Blackbirds backwards forwards and fall and hold hold.

Oh this lonely world is wasted
Pathetic eyes high alive
blind to the tide that turns the sea
This storm it came up strong
It shook the trees
And blew away our fear
I couldn’t even hear

To go it alone
And hold it along
Haul it along
And hold it
To go it alone
And hold it along
Haul it along
To go it alone
And hold it along
Haul it along
And hold it
Blackbirds backwards forwards and fall and hold hold.

This could be the saddest dusk
I’ve ever seen
Turn to a miracle
high alive
My mind is racing
As it always will
My hands tired my heart aches
I’m half a world away and go.

Reach for each other

4 Luty 2012

Czytam sobie Dziennik 1954 Tyrmanda i myślę mogłabym tak samo opisywać dzień po dniu rzeczywistość z mojej perspektywy. Panuje prawie taka sama potwornie zimna zima, ludzie są na pewno nie lepsi i nie gorsi, nie mniej ciekawi. Brakuje mi tylko znajomości ze współczesnymi elitami intelektualnymi i brakuje mi przenikliwości dotyczącej zjawisk politycznych. Przeszkadza mi też wewnętrzny opór przed opisywaniem ludzi których znam i ich historii. Nie chcę ich urazić, a grzecznie uładzone obserwacje mijają się z celem.

Jestem u rodziców w Lublinie. Minęła doba, a ja już tęsknię bardzo do mojego życia w Warszawie. Rodzice od trzydziestu lat sprzeczają się o te same rzeczy. Mama występuje z pozycji Pryncypiów, Dobrego Gustu, Poprawnych Manier, Ambicji, Walki o Sprawę. Tata broni się w okopach Praktyczności, Ugodowości, Intelektu, Wyższości, Izolacji i Stabilizacji. Forma i Działanie kontra Treść i Spokój. Potrzebują się. Przestrzeń pomiędzy zasypują więc pracowicie drobnymi i wielkimi gestami, grzecznościami, poufałością, intymnością, żartami, poświęceniami, wyrozumiałością, lojalnością, porozumieniem co do rzeczy najważniejszych.

Stoję obok i trochę się śmieję, na przemian przyznając rację to jednej, to drugiej stronie. Bardziej mamie, bo jestem podobna do taty. Te same zahamowania przeszkadzają mi zejść z kanapy i bić się z życiem o swoje. Ciągle piszę, że chcę być bardziej dorosła, wyzwolić się z wygodnych form beztroski i wiecznej zabawy, ale rezultaty tych planów są niezmiennie mizerne. W ostatnich czasach wiele nadziei topię w potencjalnym wyjeździe na Erasmusa, że może to wyrwie mnie jakoś z tego wygodnego kokonu warszawskiego życia na kredyt. Otaczają mnie boleśnie znajome miejsca, spotkania z ludźmi odbywają się według znanych na pamięć scenariuszy. Łatwo tu o niehigieniczne romanse, łatwo złapać nałóg albo kilka, a co najgorsze zgłupieć, stępić wrażliwość, pozapominać wszystko, czego się nauczyło. Boję się nudy, zblazowania, bylejakości, nierozliczonych podatków, ciemności i nieświadomości rzeczy oczywistych.

Mam zwyczaj patrzeć krytycznie na swoje zachowania, między innymi pod kątem samolubstwa. Czy to nie samolubne zakochać się, chcieć mieć kogoś możliwie mocno dla siebie? Najlepiej tutaj, teraz, zaraz. Ale to niezupełnie tak, jestem w stanie wykrzesać z siebie trochę i więcej pokory w tym względzie. Więc może być nie tutaj, nie teraz, nie zaraz, ale jednak? Sporo kosztuje mnie nie odlatywanie na fali uczuć i nadziei w wizje tego jak mogłoby być. Trzeźwię się, biorę zimne prysznice i szukam w tym wszystkim siebie. Zawsze ratowało i ratuje mnie to co najbardziej w środeczku, między płucami a sercem. W te najmroźniejsze, oszronione brudem i ciszą dni trzymam się ciepło, jestem ciepła.

***

Z najlepszego soundtracku do filmu (Until The End O The World), z jakim się zetknęłam. R.E.M. jak zwykle do zagłębiania się, pływania, leżenia, odczuwania.

R.E.M. – Fretless

He’s got his work and she comes easy
They each come around when the other is gone
Me, I think I got stuck somewhere in between
I wouldn’t confide in the Prodigal Son
The die has been cast, the battle is won
The bullets were blanks, a double aught gun
I couldn’t admit to a minute of fun

They come and they come and they come and they come
I accepted with a gentle tongue
No words spoken, no need to speak

Take it, stomp twice, ring the bell
Tether that ring and phrase
Enough with the rifle and talk already
We all know what it means
Take this conversation to your great divide
I can only swallow what I ate
And I don’t hate him
And I don’t hate her

They come and they come and they come and they come
I accepted with a gentle tongue
No heart broken, no need to speak

(Don’t talk to me)
Don’t talk to me about being alone
(Don’t talk to me)
Don’t talk to me about being alone
(Don’t talk to me)
Don’t talk to me about being alone

Reach for each other before you leave
Reach peace with an E-A-C
Don’t threaten me with a gentle tease
Don’t threaten me with angry
Please, please, please
Don’t try to tell me what I am

They come and they come and they come and they come
I accepted with a gentle tongue
No words broken, no need to speak

(Talk to me)
Don’t talk to me
(Talk to me)
Don’t talk to me

Uczucie nieustannego porozumiewawczego niedosytu

31 Styczeń 2012
tags: , ,

Śniła mi się O. w moim lubelskim domu. Oprócz nas gościem był też Karol Wojtyła. Jedliśmy we trójkę pizzę w moim starym pokoju i obgadywaliśmy moją mamę. Papież opowiadał, że pamięta ją z lat jej młodości, kiedy zajmowała się tańcem i pracowała jako niańka. Stwierdził, że dobrze się spisywała w jednym i drugim, wychowywała dzieci na dobrych katolików a nie żadnych pedałów. Słysząc to O. podjęła z papieżem dyskusję na temat tego, czy faktycznie można wychować kogoś na geja albo lesbijkę. I miło mi się zrobiło, że nie tylko ja się z nim nie zgadzam. Że jest ktoś po mojej stronie.

Najbliżej mnie są moje sny, dzisiejsze myśli pierwsze i ostatnie, muzyka. Potem długo nic. Och, i ostatnimi czasy jeszcze fantazje. Dobrze jest po wysiłku fizycznym trochę poleżeć, poćwiczyć oddech, pomedytować. To wszystko jest mocno introspektywne i nie umiem inaczej. Nie ma nic bardziej interesującego niż ludzie, a ja jestem człowiekiem i zawsze mam siebie pod ręką do obserwacji, przeprowadzania eksperymentów, wodzenia na pokuszenie.

Po tym długim nic są przy mnie ludzie, którzy zmuszają do wzajemnych, spontanicznych, szerokich uśmiechów. Ot na przykład wczoraj wieczorem chwilę rozmawiałam z P. na skypie. P. to jedyny człowiek wywołujący we mnie macierzyńskie uczucia. Na jego widok buźka się sama cieszy, a rozmowa płynie wartko. Ciągle nie mogę się przyzwyczaić, że P. jest już studentem. Zdaje się, że to było wczoraj, jak machał nogami objaśniając mi działanie rozmaitych narkotyków, częstował się moją tabaką i opowiadał o swojej pracy grabarza. Jak te dzieci szybko rosną!
Moglibyśmy przeżyć wiele wspólnych przygód, gdyby nie to, że mieszkamy w innych miastach. Otaczająca mnie przestrzeń chwilami aż wibruje od potencjalnych rzeczy. Wyczuwam tę potencję, ale nic się nie dzieje. Jest za zimno, za ciemno, za sucho. A może za mało jest wiary, nadziei i miłości. Codzienność zdaje się szydzić z mojej ludzkiej tęsknoty za czymś więcej. Jest minus czternaście i ma być coraz zimniej. Zaczynam podejrzewać, że pochodzę z jakiejś innej planety, cieplejszej, przyjaźniejszej, a przede wszystkim mniejszej. Takiej maciupkiej planety, na której można odwiedzić swoich bliskich wpadając na podwieczorek i zdążyć wrócić przed zmierzchem do domu, nawet jeśli mieszkają na drugim jej końcu.

***

Świetliki – Ładnie

Ładny dzień,
żebym spacerowała.
Ładne światło,
bym ciebie lepiej widział.
Ładny dzień
nam dzisiaj Bozia dała.
Ładny finał.
Ładny finał.

Najpierw się mała ranka
zjawi na mej dłoni.
Jak zawsze wszystko
Jest przeze mnie
Potem cień
na chwilę przetnie słońce.
I jeszcze jaśniej będzie.

Ładnie tu.
Ładnie tu u Pana.
Niby zima,
a słońce mocno pełznie.
Ładnie tu.
Ładnie tu u Pana.
Coraz jaśniej coraz boleśniej

Ładny dzień,
żebym spacerowała.
Ładne światło,
bym ciebie lepiej widział.
Ładny dzień
nam dzisiaj Bozia dała.
Ładny finał.
Ładny finał.
Padnie blask.
Zaświeci złodziejowi w oczy.
Padnie blask.
A pijakowi pęknie szklanka.
Padnie blask.
Zboczeniec z drogi zboczył.
Padnie blask.
Księdzu rozedrze się sutanna.
Będzie jeszcze jaśniej
Ładnie jest u pana
Będzie jeszcze jaśniej
Jeszcze jaśniej będzie

Ładny dzień,
żebym spacerowała.
Ładne światło,
bym ciebie lepiej widział.
Ładny dzień
nam dzisiaj Bozia dała.
Ładny finał.
Ładny finał.

Ładnie tu.
Słońce się rozpada.
Popiół lśniący
Na ziemię spada.
Noc jest lśniąca.
Ładnie tu u Pana.
Bestie rządzą.
Bestie rządzą.

Ładnie tu.
Bestie są co najmniej dwugłowe,
Dwujęzyczne
I podwójnie płciowe.
Mnożą się
i pożerają owoce żywota swojego.
Wzajem pożerają się.

Ładnie tu
i nawet bestii już tu nie ma.
Mrok zanika.
Przepaść się rozwiera.
Próżnia przepaść
Próżnia spada w przepaść.
W przepaść bez dna.
W przepaść bez dna.
Ładny dzień,
żebym spacerowała.
Ładne światło,
bym ciebie lepiej widział.
Ładny dzień
nam dzisiaj Bozia dała.
Ładny finał.
Ładny finał.
Ładnie tu.
Ładnie tu u Pana.
A będzie jeszcze ładniej.
Jeszcze ładnie będzie
Urodzisz słońce.
Potem urodzisz perłę.
Potem urodzisz perłę
Potem urodzisz perłę

Subtelne niespełnienia

27 Styczeń 2012

Trzecia noc prawie nieprzespana. Między czwartą a piątą snuję się po mieszkaniu jak duch, myśli natrętne. Więcej niż zwykle zmyślam, udaję że coś wiem, chodzę w zimnie i słońcu, strasznie marudzę, czytam wszystko tylko nie to co powinnam. Dozorca zamiata śnieg ze schodków nogą i informuje mnie, że wiosna idzie. Uśmiechamy się na ten początek dnia, kolejnego styczniowego dnia. Wieczorami spowiadam się z moich zabaw, w jakiś dziwny, inny niż zaplanowany sposób. Znowu byłam na imprezie, znowu sama. Nikt z moich znajomych nie chciał iść. Poznałam dzięki temu nowych ludzi. Piliśmy w jakimś barze, oni byli bardzo nietypowi. A przynajmniej chcieli tacy być. Dwie dziewczyny i chłopak, młodsi ode mnie. Rozmawialiśmy o sztuce, piliśmy piwo i cośtam. Oni chcieli poznać jakieś nowe, ezoteryczne miejsca. Powiedziałam, że wiem, gdzie niedaleko jest taki klub i znam tam właścicieli. Popatrzyli na mnie z podziwem i zawinęliśmy się. Klub przypominał trochę lubelską Tekturę, tyle że był mniejszy. To znaczy było to po prostu kilka połączonych mieszkań w kamienicy, w niezbyt dobrym stanie. Odpadający tynk, zniszczone meble, rdza. Wpuścił nas kolega poznany innego podobnego wieczoru. Było mało ludzi, paliły się świeczki. Ktoś pił, ktoś grał na instrumencie, ktoś śpiewał. Zaprowadziłam moich nowych znajomych na górę. Jakoś tak między parterem a piętrem staliśmy się towarzyszami, bliskimi sobie ludźmi – bo zjednoczonymi wstępowaniem w nieznane.
Byli trochę pijani, byliśmy trochę nieprzytomni. (Kiedy cierpisz na bezsenność, nigdy tak naprawdę nie zasypiasz i nigdy tak naprawdę się nie budzisz.) Na piętrze było kilka pustych pokoi. Weszliśmy do najmniejszego, gdzie stało tylko jedno wielkie łóżko, a na ścianach wisiały dziwne obrazy. Twórczość stałych bywalców. Położyliśmy się na łóżku i rozmawialiśmy o sztuce, piliśmy piwo i cośtam. W pokoju było dość jasno przez latarnię za oknem. Leżałam z brzegu, koło jednej z dziewczyn. Uśmiechała się. Tamci zajęli się zdejmowaniem spodni i sobą, my się przytuliłyśmy. Miała bardzo gładką skórę, długie jasne włosy. Była młoda i ciepła. Objęłam ją mocniej, ale mnie powstrzymała. Chciała tylko spać. I chyba faktycznie po chwili zasnęłyśmy, dzieląc się bliskością. Czułość okazana obcej osobie, to jak czułość okazana samej sobie.
Rano przez długą chwilę zastanawiałam się gdzie jestem. Świeciło słońce. Był styczeń, a ja byłam spóźniona na moje egzaminy. Przeczesałam włosy palcami, starając się ugasić niepokój w sercu. To tylko egzaminy. Potem demonstracja i kolejne wyjścia w nieznane. Jak się nie uda, spróbuję jeszcze raz. I jeszcze raz i jeszcze.

Notatki na marginesie

23 Styczeń 2012

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.