Mój kochanek utopii się w szafie
Stoję na przystanku, przykładam dwa palce do szyi, sprawdzam sobie tętno. Jest, jednak jest.
Dzień wybitnie nierzeczywisty i myślę o prawidłach, że jednak jakieś nim rządzą. W tym dniu uciekają mi autobusy i stoję na przystankach długie minuty czując mdłości. Medytując czy to kac czy ciąża. Taka prawidłowość.
Sinatry mi brak w słuchawkach, chciałabym żeby mi ktoś optymistycznie o tym czasie zaśpiewał. I’m dreaming of the white Christmas, to właśnie.
Zastanawiam się czy czapka, którą mam na głowie, jest moja. Kupiłam czapkę dwa dni temu, potem zostawiłam na noc na wieszaku w przedpokoju. A wspólokatorka nocowała koleżankę, która miała taką samą i ta koleżanka mogła się pomylić i wychodząc rano wziąć moją zamiast swojej. Jestem prawie pewna, że zostawiłam moją czapkę na noc na wieszaku w przedpokoju, a rano znalazłam moją czapkę na wiklinowym koszu stojącym obok. To by mogło znaczyć, że mam teraz na sobie nie moją czapkę. Identyczną, ale ani nie nową, ani nie moją, ani nie tą która mi dała tyle radochy przy zakupie. Ta myśl jest niepokojąca. Nieswoja czapka sprawia, że czuję się nieswojo.
Niesamowicie mocno buja w tym autobusie. Myślę sobie, że w takich warunkach można ćwiczyć pogo. Kiedyś tak zrobiłam z przyjacielem, pogo na tyłach bujającego autobusu. Autobus jedzie dalej, a ja chcę być już w domu i nakarmić Kochanków zamkniętych w szafie.
Kochankowie mieszkają w szafie, ponieważ to bardzo praktyczne rozwiązanie, są na odległość ręki. Im to nie przeszkadza, właściwie to są zachwyceni tym, że mają lokum tak blisko mnie. Mogą słuchać niemal całą dobę co robię, mogą sobie marzyć o mnie bezkarnie. I zawsze wiedzą, który jest obecnie w łaskach, bo wtedy znika z szafy. Na krótko, ale jednak. Da się zauważyć. Jak się nad tym zastanawiam (w tym bujającym autobusie), to trochę ich ostatnio zaniedbałam. Już dawno żaden nie opuszczał szafy. A coraz tam ciaśniej w środku, bo nowych nie brakuje. Chociaż i tak mniej ciasno niż w warszawskich autobusach w godzinach szczytu. Jeszcze nie musiałam ich upychać kolanem. Ani kobiecym, ani żadnym.
A przestrzeń jest dziś pęknięta na pół. Nie moje słowa.
Zapisuję je sobie w zeszycie, żeby zapamiętać. Piszę w wąskich kolumnach i jak dochodzę do dołu strony, to zaczynam kolejną obok, po lewej stronie. Piszę w kolumnach, które powstają od prawej do lewej, bo tak mi wygodniej. Leworęczność. Dla leworęcznych to oczywiste, że świat nie jest skonstruowany najlogiczniej jakby się wydawało. Bo na przykład ruch prawostronny jest nielogiczny. W starożytnym Rzymie był lewostronny, bo legioniści łazili po drogach. Miecze nosili przy lewym boku (no bo praworęczność dominuje) i gdyby był ruch prawostronny, to mijając się na drodze zawadzaliby sobie żelazem o żelazo, a to mogło by prowadzić do wypadków drogowych. Wyobrażam sobie takich dwóch legionistów, którzy zawadzili swoimi mieczami mijając się na rzymskiej drodze. Zaczynają od paru mocnych słów, a kończy się na rozruchach w połowie imperium. Poważna sprawa. Potem Napoleon zmienił prawidłowość ruchu na drogach na złość Angolom. Jeszcze poważniejsza.
Myślę co zjem dzisiaj. Mam w szafce grejfruta, kawę… i jajka w lodówce. Śmiesznie, zupełnie jak dieta w Requiem For A Dream. Tylko u mnie tak przypadkiem. A w pokoju pachnie jeszcze winem, albo mi się wydaje, albo to jakiś figiel, który płata mi mózg uginający się pod ciężarem bólu głowy i różnych strachów.
Goście wyjechali, znowu jestem sam na sam ze sobą. Kochankowie w szafie się tak naprawdę nie liczą (tylko sami o tym nie wiedzą). Żadnemu nie udało się naruszyć trwale mojego sam na sam ze sobą. To już Goście byli o wiele bliżej, Goście umieją się przytulać. Z Gośćmi, póki tu byli, leżałam na łóżku i nikt od nikogo nie chciał nic więcej. Tylko być blisko, móc się przytulić, móc zupełnie szczerze sobie powiedzieć „jesteśmy fajni”.
Mam kamienie na sercu. Psychiatra mi mówił, że takie spotkania z Gośćmi odrywają mnie od rzeczywistości, a muszę nauczyć się jak sobie radzić tu i teraz. A tu i teraz nie ma ich. Jestem sam na sam ze sobą.
No i jest Sinatra, który śmieje się z chmur, ma słońce w sercu i jest gotowy na miłość.
A jeśli ciąża? Wyciągnę kochanków z szafy, ustawię w szeregu i będę chyba musiała do nich wreszcie zagadać. Bo my nie rozmawiamy.
Tu i teraz.
Tu i teraz.
I´m laughing at clouds
So dark, up above,
The sun´s in my heart
And I´m ready for love.
Północ. Krew. Mogę teraz szukać snu. Zazwyczaj czai się w łóżku, w ciepłej kołdrze, na miękkiej poduszce. Czasem między stronami książki w czytelni albo w niższych tonach głosu wykładowcy. Kocham sen. śnie. Kocham cię. Zanim się trochę pokochamy, wyślę jeszcze parę ciepłych myśli w nierzeczywistą grudniową noc, kilkaset kilometrów stąd. Niech grzeją spacerujących o wpół do pierwszej w nocy. Nierzeczywistych?
Czas na zmiany. Rzeczywiśnie.
Tags: kochanek, krew, leworęczność, nierzeczywistość, sinatra, szafa
You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.
styczeń 6, 2008 at 12:01 przed południem
W szafie trzyma się rzeczy, które chce się ukryć przed światem lub te, które straciły już wartość.
Zresztą szafa… Najważniejsze jest to, co się ma w sercu.
Cieszę się Kochana z Twojego bloga, jak dziecko. Niech rośnie zdrów :))))
Dodaję Cię do blogrolla :* :P
styczeń 6, 2008 at 11:30 przed południem
Jestem, szczerze mówiąc, zaskoczony :) Zajrzałem na bawidełka, a tam zobaczyłem link o wielce tajemniczej nzawie “Juliette” :) Kliknąłem bez wahania i… mam kolejny, trzeci już blog, po Magdzie i Michale, który odwiedzał będę regularnie :) Tym bardziej, że ten styl, który mnie tak urzekł w “Choose life” zachwoujesz stuprocentowo :) Super! :) Powodzenia przy tworzeniu (oby jak najczęstszym!) :P :)
styczeń 6, 2008 at 3:28 pm
Ha, przeczytałem.
Dobrze, że nie wszedłem do szafy - jestem zbyt samolubny, by dzielić się kobietami z innymi facetami. I ten tłok - nie lubię tłoków, mam gawiedziowstręt.
W sumie mógłbym się przytulać, tak, tulenie lubię, ale nie do samych samców. Wolę miękkie, delikatne, ciepłe kobietki - one nigdy nie są prawiczkami…
Pozdrawiam :)
styczeń 6, 2008 at 4:01 pm
Dziękuję Wam kochani. :)
styczeń 6, 2008 at 4:52 pm
Julka! Powodzenia w pisaniu :) i tak tak tak, jesteś boska!!!
Mam nadzieję, że jak będę na głodzie to udostępnisz mi coś z szafy ;pp
buuuzi :**
P.S. ta, Mat, jasne… A Jess… a Depp…
styczeń 6, 2008 at 5:52 pm
Olu, to są wyjątki potwierdzające regułę. ;)
styczeń 7, 2008 at 12:17 przed południem
No proszę, mamy tu i JKM i Requiem For A Dream i parę innych rzeczy… Dodaję bloga do ulubionych! :)
styczeń 7, 2008 at 2:39 przed południem
Dementuję, jakoby JKM był jakąkolwiek inspieracją. :P Czysty przypadek, albo to on odgapił ode mnie.
Dzięki Łukasz, Ola.
styczeń 7, 2008 at 9:16 pm
Nie wiedzieć czemu (wiedzieć, wiedzieć… ;) ) podczas czytania tego wpisu cały czas przed oczami miałem mleczarzy z jednego z najgenialniejszych skeczy grupy Monty Python. Julka, przyznaj się - też masz w domu aż taką pokaźną koleckję? :P Jeżeli tak, to nakarm biedaków od czasu do czasu, bo może się okazać, że po wyjęciu z szafy są kompletnie - ekhm - wypompowani i zupełnie nie nadają się do użytku. :P
styczeń 17, 2008 at 2:15 pm
julka masz talent……!!!!!
powodzenia…