Deszcze bezbolesne
Zostawiam uśmiechniętego brejdaka, zostawiam krzuny porastające Skarpę na Ruskiej, zostawiam rozczulanie się i niemoc. Zostawiam Kubusia, który nie oddaje uścisków, tylko sztywno siedzi na krześle.
Chcę ryzykować, dopóki żyję!
Drugi brzeg, Warszawa zalana styczniowo-wiosennym deszczem. Warszawa pędząca, porywająca. Kałuże zmuszają do podskakiwania, hophop przez tramwajowe tory, koło kina Femina i do domu z dala od domu. Jeszcze tylko kolację przedsięwziąć wypada. Zachodzę do sklepu, z dżemem w ręce ruszam dalej. Z dżemem truskawkowym, z plecakiem przerzuconym przez ramię i zawadiacko przekrzywioną czapką na rudym łbie.
Deszcz zacina na całego, koty z podwórka chowają się po śmietnikach, a ja w podskokach idę, idę i chichram się do siebie. Tak nie wypada, to się nie godzi! To woła autocenzura, taka moja mała zmorka. Na tyle mała, że nie tylko nie przestaję się bezsensownie chichrać, ale jeszcze postanawiam pokazać zmorce język. Z głośnym pyk! odkręcam słoik pełen truskawkowych słodkości i proszę bardzo: język w całej okazałości, bezwstydnie dostarczający przyjemności podniebieniu. Kolacja pod gołym niebem. No i mokro jest, i słodko jest.
A potem jeszcze hophop z nadzieją do skrzynki co listy przechowuje, z nadzieją płonną oczywiśnie. Poczta w Warszawie to jakaś mroczniejsza sprawa, ale jeśli zawiedzie i tym razem, to będzie z tego dramat. Pójdę potem na pocztę i zrobię z dramatu scenariusz sensacyjno-katastroficzny, który kończy się zapadnięciem pod ziemię wszystkich urzędów pocztowych przy udziale zmasakrowanych członków pocztowców, rozdziobywanych w kazamatach Centralnej przez gołębie.
Brej Cy.
Tags: deszcz, dramat, dżem, język, list, poczta, truskawki, Warszawa
You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.
styczeń 21, 2008 at 12:22 przed południem
Spalę wszystkie siedliska Poczty Polskiej za ten list!!! Gore!
Ognista czupryna! :*
styczeń 21, 2008 at 3:56 przed południem
Ja mam fajnego listonosza. Gdy rok temu w lutym siedziałem we Wrocławiu i studiowałem, to na mój adres domowy przyszła walentynka w obleśnej, czerwonej kopercie. Listonosz tak długo przetrzymał przesyłkę (i to zwykłą, nie poleconą!), aż przyjechałem z Wrocławia i ją odebrałem. :)
styczeń 21, 2008 at 3:57 przed południem
Zapomniałem dodać, że nie chciał tej przesyłki wydać mojej matce, która na miejscu mieszka. To dopiero solidna firma! :D
styczeń 21, 2008 at 11:44 przed południem
Na języku słodkości, na głowie płomienistości.
A Warszawa jest… sami wiecie jaka. ;)