Mór na zające. Nic innego, przecież kiedyś było ich pełno. Nie było dnia, żebyśmy nie widzieli zająca. Był zwyczaj wywieszania ich za uszy za okno w zimie, żeby skruszały. Normalnie w miastach, w blokach. Na Boże Narodzenie zawsze był zając, znajoma przesyłała go nam przez kierowcę pekaesu. Tylko trzeba było z nich śrut wyciągać, pamięta mama? Pamiętam jak tata wyciągał śrut i oprawiał zająca.
Zające za oknem, a prosiak w wannie. Tak było, ludzie hodowali prosiaki w wannach. Wiejska mentalność.
Wyjechałam na parę dni za miasto. To miejsce jest dla mnie ważne, może nawet najważniejsze. Spędzałam tu tylko po kilkanaście dni w roku. To nie jest moje naturalne środowisko, ale babcia z dziadkiem stworzyli tu taką rodzinną enklawę. Rozsiałam tu na każdym kroku dziecięce radości i lęki, potem wzburzenia i pełne patosu przeżycia czasu dojrzewania. Plączą się tu wszędzie ścieżki moich poszukiwań. Sporo rzeczy zginęło, ale i tak nie sposób uniknąć tysięcy mocnych wspomnień. Patrzę i pamiętam, pamiętam!
Podłogi skrzypią, ptaki świergolą, komary bzyczą. Sufity zarośnięte są gęsto pajęczynami, ściany straszą nieotynkowaną nagością i drewnem pełnym szpar i dobrze zadomowionych robaków. Zasłony lepią się od kurzu. W przepokoju stoją wędki. Na górę wiodą bezczelnie strome schody - miejsce przełamywania strachu przed groźnym upadkiem. O dziwo wszystkie dzieci to przeżyły.
Dom był kiedyś ogromny i tajemniczy, teraz badam jego zawartość i rozkład pokoi z archeologiczną ciekawością. Na półkach stosy książek, w pięciu językach. Komiksy dla dzieci leżą na Tygodnikach Powszechnych, które z kolei leżą na pracach doktorskich i magisterskich pisanych pod kierunkiem dziadka. Babcia pali nimi w kominku.
Najbardziej zagraconym pomieszczeniem jest łazienka, która pełni jednocześnie rolę spiżarni i schowka na wszystko. Obok jajek i pomidorów stoją farby, zwoje kabli i trucizny na robaki i krety. Wojna z tymi ostatnimi toczy się od wielu lat - żadna ze stron nie chce zrezygnować z okupowania tego kawałka ziemi.
Totalny chaos.
Oczywiśnie to wszystko ma być tylko użyteczne. Może skrzypieć i nawarstwiać się mijającymi latami - byle fotele pozostały fotelami, a łóżka łóżkami.

Ale to tylko dom. Zaraz za nim - a właściwie w jakiś sposób poprzez niego - jest świat trawy, która wyrwana z ziemi pachnie, lecz nie boli. Jest ogród, za ogrodem las, za lasem pole, za polem łąka. Za łąką las, za lasem jezioro. Leśmianowska przestrzeń, po której chodzę, w której zalegam w bezmyśleniu i w której medytuję. O dwóch białych motylach, o szukaniu robaków na ryby. O budowaniu szałasu w wielkiej tajemnicy. O wszystkich odbytych tu ogniskach - tych pradawnych, kiedy jako dzieci skakaliśmy przez ogień (nie próbuj skakać nad ogniem! skacz przez ogień!) albo w czasie których byliśmy czarownicami i czarownikami, tak długo w wieczór aż dorośli nie zmusili nas do spania. Pamiętam też ogniska późniejsze, kiedy wpatrywałam się w ogień i przysłuchiwałam dyskusjom o tym, ile wymiarów ma wszechświat, albo na czym polega magyia, kiedy toczyły się sesje rpg prowadzone przez tego lub tamtego kuzyna. Naście lat, ależ ja się wtedy ekscytowałam byciem tam, chodzeniem nocą po lesie i rozmowami pomostowymi przy winie! Jakby nic nigdy nie miało już być równie ważne. Ot, durnie i chmurnie się to teraz jawi.
Czemu mój miś jest taki twardy, co on ma w środku? Ma trociny, kupiliśmy go dla twojego brata, ale on go nie chciał i ty go przygarnęłaś. Teraz już nie ma takich misiów, wszystkie są mięciutkie. A ja muszę zrobić lalkę, lekarz mi to zalecił. Kupić ci zestaw szpilek? Haha, bardzo śmieszne.
No a wracając do meritum. Jezioro. Moje jezioro. Okrągłe, głebokie, z każdej strony otoczone lasem i bagnami. Zamulone, i na szczęście mało popularne. Karpie, płotki, uklejki, sumy i paru utopionych wędkarzy. Ten widok dziwnie uspokaja. Jezioro w nocy, w deszczu, latem, zimą - obojętnie.
Dobrze się tu czujesz? Dobrze babciu, dobrze. Ułożyłaś sobie sprawy w Warszawie? Właściwie to średnio… Przecież możesz chodzić chociaż na wykłady. Wstydzę się innych studentów. No nie, nie masz powodu się wstydzić! Jak się ktoś będzie wtrącał, to zapytaj - dajesz jeść moim dzieciom? Skoro nie, to nie ich sprawa. Ja tak zawsze mówiłam. Każdy inaczej sobie układa, każdy ma do tego prawo. I możesz tu przyjeżdżać kiedy chcesz. Wiem i dziękuję babciu.

Idzie miłość po kwiatach - wadzi o twe ciało,
Zważaj, by ci przed czasem w słońcu nie zemdlało.
W mojej rosie, w moim znoju
Pod dostatkiem masz napoju
Dla wargi, przeciążonej purpurą dojrzałą.
Komentarze