Przez resztę czasu

Po długiej podróży do zapomnianego domu pijemy piwo i gadamy przy zgaszonym świetle o narkotykach. K. i K. przysiedli na fotelach-liskach, ja na morskiej kanapie. Koty obserwują pokój pozornie nieuważnie.
Przy drugim K. oświadcza, że swoje trzydzieste urodziny uczci porcją LSD. Tego typu konkluzje każą mi czasem w niego wątpić, a jednak to tylko niewinna szczerość, dla wielu coś niewyobrażalnie trudnego do wydobycia. Gryzę się mentalnie w język, żeby to za każdym razem uszanować, bo jednak potrafię zapomnieć jak należy obchodzić się z wrażliwym inteligentnym człowiekiem. K. zupełnie nieświadomie pomaga mi tę naukę praktykować.

Od dawna nie mam parcia na randki, bo jest O. Dla niej to tak nie działa, zawsze istnieje, żyje i o sobie przypomina potrzeba dramatu. W codziennym życiu potrafimy zawrzeć sprzeczność wolności z miłością. Kiedy wracam z pracy chce mi się płakać z zimna, głodu i zmęczenia, a O. wita mnie w progu ciepłem, jedzeniem i miękkimi uczuciami. Chcemy się kochać w momentach, kiedy nie możemy. H. tymczasem po wyjściu z dłuższego posiedzenia w Chwili opowiada o oszałamiająco nowych uniesieniach. W dwóch słowach potrafi zawrzeć treści, które w mojej wyobraźni rozciągają się na dwa miesiące najmocniejszego, niedostępnego legalnie odurzenia. Życie w swej sile zaczyna materializować się już w momencie pożądania.

Po tych  historiach śni mi się trójkąt miłosny zawarty w prostym geście przytulenia, najgłębszego porozumienia. Michelle Gurevich śpiewa do telefonicznego przewodu o tego rodzaju iskrach, śpiewa mi w nieskończonym czasie dojazdu do wytęsknionego domu.

***

Michelle Gurevich – Drugs Saved My Life

I wish I’d met you earlier
Or maybe it’s better we met as adults
You taught me how to stop thinking so much
Thinking never got me anywhere

How I spun in circles before you came
The sober mind is a messy thing
Those who know I’m a solid candidate
Believe when I say

Drugs saved my life
Showed me an open hand
I owe more than I can say
To those select days
Eyes each moment anew
I know it’s not right to say
But if you’ve walked through those fields
Then you know what I mean

I’m sorry about those things I said
Before I met you myself
Those who hate you the most
Have never kissed you on the mouth

I’m the type
Who knows how to draw the line
So I don’t visit you that often
But I live with
The knowledge of your smile

Showed me an open hand
I owe more than I can say
To those select days
Eyes each moment anew
I know it’s not right to say
But if you’ve walked through those fields
Then you know what I mean

Where are you the rest of the time?
And why do eyes grow tired?
And I can’t forget the night
That you stabbed me in the back
So I live a reasonable life
But I never forget
Those summer nights

Showed me an open hand
I owe more than I can say
To those select days
Eyes each moment anew
I know it’s not right to say
But if you’ve walked through those fields
Then you know what I mean

Kanada, mon amour

Wszyscy wiemy, że ze światem dzieje się coś niedobrego, coś bardzo złego, ale udajemy, że nie. Moje nerwy idą w swoją stronę, na swój sposób sobie z tym radzę – poddając ciało szczegółowej inspekcji. Włosek po włosku, ręka po nodze. Sto procent uwagi na zewnątrz wewnętrza. Tik tak, jak ugryziesz będzie znak. To wciąż najbezpieczniejsza przestrzeń w tych dziwnych czasach, kiedy młodzież rwie się do wojny. Co na to powiedzą nasze dzieci? Co by na to powiedziały nasze prababcie i nasi pradziadkowie? Jesteśmy dopiero drugim pokoleniem, które nie pamięta wojny, ale może już w ogóle nie będzie takich pokoleń.

– Wyjedźmy do Kanady – mówi O. – Zaplanuj to.

Śni mi się, że J. rozlewa na nasz parkiet wosk, leje deszcz, koty ześlizgują się z balkonu. Śni mi się rześki wiosenny dzień, kiedy zostawiamy H. na poboczu drogi i odjeżdżamy. Krzyczę na O., żebyśmy się zatrzymały, bo H. się zgubi, ale ona mnie nie słucha. Na uszach ma różowe, pluszowe słuchawki i stara się do niczego nie przyznawać. Urządzamy razem mieszkanie, znowu słucham płyt winylowych i kupuję sobie komiksy. A przy tym nic a nic nie obchodzi mnie kariera zawodowa. Śmieję się kiedy mój kolega z ławki wpada w panikę, histeryzując jak stereotypowa dziewiętnastowieczna dama, bo wszystko poszło nie tak jak powinno. Innymi słowy jakiś tłumacz ze słonecznej Italii dostał informację, że ma tłumaczyć na angielski naszą szarą polską pustkę.

Towarzystwo H. stało się codziennością już wiele miesięcy wcześniej i cały ten proces nie postępuje w jakiś fizycznie definiowalny sposób – przynajmniej z punktu widzenia skali, na jaką mogę sobie pozwolić. Nie chcę już zagłębiać się w zmysłowe fantazje ani pozwalać sobie na jakieś sentymenty. Nie chcę dopytywać o to, kto na kogo leci i tym bardziej nie chcę wiedzieć, kto kogo kocha. Odjedziemy na zawsze – to teraz najbardziej podniecająca fantazja, wyparła całkowicie inne. Wszystko co słodkie kiedyś się kończy.

Dwanaście kochanek

– Bardzo fajne macie, tak wysoko to łóżko – mówi P. przed zaśnięciem.
Jesteśmy obie bardzo nietrzeźwe, dlatego wolę nie mówić już w tym momencie za dużo. Zawsze jesteśmy w tym momencie nietrzeźwe, nie ma o czym mówić.

Spotkałyśmy się w parku na rowerach, P. kupiła tanie węgierskie wino. – Nie lubisz wytrawnego? – zapytała w taki sposób, jakby nie spodziewała się, że ktokolwiek poza nią może takie preferować.
Ze sklepu jechałyśmy bardzo szybko, dzień był ciepły i słoneczny, majowy. Znalazłyśmy kawałek parku, gdzie usiadłyśmy niedbale patrząc na świat. Gadałyśmy o wszystkim i o niczym, aż w końcu nawiązałam do powodu naszego spotkania, do jej kochanek. Widać było, że bardzo chciała mi to powiedzieć i jednocześnie podkreślić, jakie to ważne, że to mnie się zwierza. Żebym wiedziała, jak wielki zaszczyt mnie spotyka. Żeby było jasne, że to ona jest najfajniejszą dziewczyną w całej szkole, która jest śliczna i do tego ma najwięcej przygód.

Wszystko tego wieczora było cudownie nastoletnie: wino, siedzenie na trawie Pola Mokotowskiego, zwierzenia objęte nierozerwalną obietnicą zaufania. P. świeciły się oczy, kiedy opowiadała bez żenady o swoich licznych miłosnych podbojach i najnowszym romansie, który miał jakoby prowadzić do związkowego trójkąta. Próbowałam ostrzec ją, że ta sytuacja nie wróży niczym dobrym, ale P. oczekiwała jedynie zachęty i rozgrzeszenia. Tak pięknie śmiała się z moich przestróg, że zupełnie rozbrojona kręciłam już tylko głową i opierając się rękami o świeżą zieleń, odchylałam głowę ku niebu, z przymkniętymi oczami dziękując w duchu za to siedzące koło mnie żeńskie uosobienie nieznośnej lekkości bytu.
W połowie butelki P. wyciągnęła z plecaka jakieś zabawne świecidełka do palenia, jakby chciała się upewnić, że ten wieczór może być jeszcze lepszy. Kiedy zrobiło się zupełnie ciemno i wstałyśmy razem z naszymi rowerami, P. zbliżyła się do mojej twarzy i pocałowała mnie krótko. Potem pociągnęła mnie za koszulkę i nie przejmując się spóźnionymi na wieczorne wiadomości przechodniami, pocałowała raz jeszcze, długo i mocno. Kiedy otworzyłam oczy, uśmiechała się zabójczo. – Chciałam coś sprawdzić – wyznała bez skrępowania.

Rano wszystko wyglądało nieco bardziej proporcjonalnie. Miałam długi na koncie w banku, samochód w naprawie, a w pamięci panią mego serca, która nie tak dawno zgubiła na dalekiej śródmorskiej wyspie dowody miłości. Świeciło słońce i nie musiałam iść do pracy, ale nie mogłam spać już dłużej, dlatego wstałam i wzięłam zimny prysznic. Nie odbierałam telefonów. Niczym się nie przejmowałam, ale chciałam mieć obok siebie kogoś twardo stąpającego po ziemi, kogoś kto potrafi mnie przywołać do porządku. P. śpiąca na materacu położonym na łóżku, z jej parzącą szorstkością skórą i uśmiechem, którego nie zatarł nawet głęboki sen, była istotą absolutnie abstrakcyjną. Nie byłam pewna, czy nie obudziłam się w jej rzeczywistości zamiast własnej. Patrząc na spadającą wodę z kranu, przestraszyłam się, że utknęłam na zawsze w tej wyzwalającej we mnie poprzedniego wieczoru pokłady szczęścia nieokreśloności.

Happy end

Przyjechałyśmy do R., która mieszkała u starego profesora i mimo różnicy wieku, nazywała go swoim kolegą. Profesor miał w mieście kilka mieszkań, z których R. nie krępowała się korzystać. Jedno zamieniła na sypialnię, inne traktowała jako pracownię, dzieląc je z właścicielem. Właśnie tam, w tym przestronnym lokum wpełnionym starymi meblami i książkami, zaproponowała nam nocleg.
Kiedy dotarłyśmy pod drzwi, R. przywitała nas nieco ospale, informując, że jest chora. Uprzedzała o tym już wcześniej, dlatego O. podała jej zakupione po drodze lekarstwo, które R. odrzuciła na stół bez zainteresowania. W pokoju rozbrzmiewała smutna, alternatywna muzyka z lat siedemdziesiątych, roztaczając klimat polskiego melodramatu. Po prawicy R. usiadła czarna kotka profesora, a do naszych nóg przybiegł sympatyczny pies R. Ona sama wzdychała i opowiadała, jak bardzo źle się czuje. Wydawało się, że tak właśnie spędzimy tu czas.

Wtedy O. zaproponowała uprzejmie, że to na pewno psychosomatyczne objawy kończenia filmu, nad którym R. pracuje, a ja przytaknęłam zdecydowanie. Byłoby wielce prawdopodobne, że R. przeżywa sprawy zawodowe równie ciężko, jak inni poznani przeze mnie artyści. Ba, do jej dramatycznej aury pasowało przechodzenie ich pięć razy ciężej i chyba to wytłumaczenie trafiło do przekonania wszystkich.
– Do tego tydzień temu rozstałam się z A. – oświadczyła ni z tego ni z owego R. niedbale. – To jakie macie plany na weekend?
Postanowiłam przejąć inicjatywę i zapowiedziałam, że będziemy całe dwa dni szwędać się po Krakowie, a przy tym palić i pić. Może R. zapaliłaby z nami teraz, bo nie ma możliwości, żeby pojutrze wziąć to ze sobą do samolotu?
Te słowa odniosły nispodziewanie silny skutek. Nasza gospodyni ożywiła się i kolory wstąpiły na jej twarz. Wstała z krzesła, a z jej ramion spadł koc, którym się otulała.
– Tak strasznie cieszę się, że tu jesteście! – zawołała z mocą całkowitego zdrowia i wyściskała nas z przejęciem.

Niedługo potem, siedziałyśmy wszystkie trzy na balkonie, a R. robiła nam mnóstwo pozowanych zdjęć.

– Nie uśmiechaj się! – powtarzała bez przerwy, to przyciskając spust migawki, to łapiąc krążącego między nami skręta.
– No, nie uśmiechaj się! – pokrzykiwała z zaangażowaniem. – Patrz na mnie, ale tak, jakbyś nie patrzyła. Teraz wypuść dym! Teraz! – dyrygowała.
– Palimy bardzo małą ilość, bardzo drogiej, bardzo dobrej jakości trawę z malutkiej miejscowości pod Warszawą – stwierdziłam, nasuwając kaptur na czoło i zaciągając się z bezwzględną powagą, co doprowadziło dziewczyny do ostatecznego ataku śmiechu.
– Bardzo droga, bardzo dobrej jakości trawa z malutkiej miejscowości! – zaczęły skandować zataczając się po balkonie, aż w końcu R. opanowała się i uprzedziła nas, żeby nic o tym nie wspominać naszemu gospodarzowi, który przeżył niejedno, ale według niej jeszcze nigdy nie robił tak strasznych rzeczy.

Baby take off your dress. Yes, yes, yes.

Przyszła do mnie dziewczyna z ogłoszenia, ale zarówno dziewczyna, jak i dzieląca ze mną mieszkanie O., były tą sytuacją zażenowane, dlatego postanowiłam zabrać dziewczynę nad Wisłę. To był jeden z pierwszych naprawdę zielonych dni, kiedy wiosenne ciepło przeświecało przez świeże liście na drzewach, a spacerowicze pozwalali sobie zuchwale nie zabierać płaszczy. Ruszyłyśmy z dziewczyną z ogłoszenia na miasto pełne zabytków i przedwiecznych ruin. Kiedy wspinałyśmy się na wzgórze omiatał nas starożytny piach, a kiedy ja opowiadalam historie o artystach, dziewczyna z ogłoszenia opowiadała mi o swoich platonicznych romansach. Patrzyłyśmy na siebie i chciałam zaproponować coś dalej, ale ona zniknęła.

W pobliżu był klub ze stripteasem, a że mieli tam też ruletkę, postanowiłam zajrzeć do środka. Było wczesne popołudnie i po klubie kręciło się niewiele osob. Od razu wyłowiłam wzrokiem panią R. i jej męża. Po chwili przyszło też trochę innych osób z mojej pracy i wszyscy usiedli razem. Pani R. z zapałem obstawiała numerki, wykrzykując ponaglenia do reszty uczestników zabawy. Wszyscy mieli doskonałe nastroje i zachowywali się jak na najzwyklejszym towarzyskim spotkaniu, choć tuż przy nich rozbierała się nasmarowana olejkiem tancerka w brokatach.

Podeszłam do baru i z przestrachem zobaczyłam za nim Lulu. Była taka jak zawsze, to znaczy bezpośrednia, zarumieniona i uroczo piegowata, z błyszczącymi oczami i lekko rozchylonymi ustami. To trochę, a właściwie kompletnie mną wstrząsnęło. Dla równowagi oparłam się obiema rękami o bar i zapytałam, co ona tu robi. Wyjaśniła, że dopiero znalazła tę pracę, to właśnie był jej pierwszy dzień. Słuchając jej, starałam się ignorować wirujące w polu widzenia piersi kolejnej dziewczyny. Co za ironia losu, ze wszystkich klubów na świecie, musiałam wejść akurat do tego, w którym Lulu znalazła pracę! Pod jej wpływem z każdą sekundą coraz bardziej się rumieniłam, zmieniając co chwilę wewnętrzne wyobrażenie o sobie z nonszalanckiej na zdesperowaną i z powrotem. Lulu, jak gdyby nigdy nic, zagadnęła, że zawsze jej się wydawało, że mi się podoba. W jej głosie była figlarna ironia, zaczepka.
Tego było już za wiele, zrobiło mi się strasznie smutno. Światła przygasły, a z głośników poleciał kawałek „You can leave your hat on” w wykonaniu Cockera.
Lulu zaprosiła mnie za kontuar wyciągając w moją stronę obie ręce. Złapałam je z drżeniem, a ona pociągnęła mnie w dół, uklękła na podłodze i porzucając moje dłonie wyjęła spod baru leżącą na podłodze brązową, skórzaną walizkę. Zajrzałam do środka, była przepełniona ubraniami i perfumami. Lulu powiedziała, że jak za kimś tak bardzo tęskni, to używa tego zapachu w sześciennej buteleczce. Wpatrywałam się w nią jak zahipnotyzowana. Zupełnie zapomniałam o pani R. i znajomych z pracy, o dziewczynie z ogłoszenia, a nawet o O. Lulu zwodziła mnie swoimi perfumami za barem klubu ze stripteasem. Trwało to kilka sekund, po czym uśmiechnęła się krzywo i znanym mi doskonale z godzin spędzanych na wspólnej pracy, swoim niskim głosem oświadczyła, że idzie zapalić. Tym razem nie wyciągnęła do mnie ręki, ale uchyliła mi kurtuazyjnie ciężkie drzwi na puste podwórko, będące zapleczem klubu. Zaciągając się papierosem wessała ze świstem powietrze, tak że automatycznie mój wzrok powędrował do jej ust. Skąd ona wiedziała, że za kimś do bólu tęsknię? – głowiłam się, przytupując, drepcząc w kółko dla rozgrzewki, a także w celu ukrycia głębokiego zmieszania. Czemu ona tak na mnie działa? – to samo pytanie zadawałam sobie od miesięcy, a jedyna odpowiedź jaką na nie znalazłam, brzmiała – nieważne, grunt to jej nie widywać, żeby się tak nie czuć.

Aż do tego dnia bardzo skutecznie mi się to udawało. Zohydziłam nawet do siebie wszystkich innych dawnych współpracowników, żeby nie mieć powodu już tam do nich przychodzić. Pozornie nie było to trudne – po prostu wzięłam na siebie pracę i konsekwentnie ją zaniedbywałam. Po kilku miesiącach takiej męki rozczarowywania ludzi, z którymi robiło mi się pożyteczne rzeczy lepiej niż z kimkolwiek w życiu, nie mogłam już o nich myśleć, o pójściu tam nie wspominając. W ten sposób nadzwyczaj skutecznie unikałam spotkań z Lulu.

Spojrzałam na nią ostrożnie i zdałam sobie sprawę, że obie od wieków milczymy. Nie patrzyła nawet już na mnie. – Byłam wczoraj na proteście – powiedziałam, żeby powiedzieć cokolwiek, a ona paliła i paliła, zaciągając się głośno i jeszcze głośniej wydychając dym przemieszany z demonstracyjnym dystansem do rzeczywistości. A jednak było w tym wszystkim coś z troski o mnie – ta walizka? Czemu przytargała do pracy tę walizkę? – zaczęłam się zastanawiać.

– Szukam mieszkania – odpowiedziała na pytanie, które pomyślałam.

– Nie chcecie z O. współlokatorki? – zażartowała, a mnie z wrażenia wypadły z rąk wszystkie niuanse.

projekt 6

images2.jpg1. Dire Straits – Brothers in arms
2. Russ Ballrad – In the night

images.jpg

3. Phil Collins –Long long way to home

noc na ziemi.jpg4. Bruce Springsteen – I’m on fire 
5. Paul Simon – She moves on
6. Guns’n’Roses – November rain
7. AC/DC – Back in black


 1909_08a6.jpeg

8. Otis Redding – (Sittin’ on) the dock of the bay
9. Bill Withers – Ain’t no sunshine
10. Norah Jones – Come away with me
11. Sting – It’s probably me


3751_16bd_500.jpeg12. Bryan Ferry – Slave to love
13. Foreigner – I want to know what love is

kevin-and-cara.jpg


14. Phil Collins – In the air tonight


Rocznica opowieści o postimprezizmie, kochankach i niebieskiej szafie

Dziś mija osiem lat od pierwszego wpisu na Rzeczywiśnie. To znaczy, że gdyby blogasek był kotem, to na ludzkie lata miałby czterdzieści osiem lat.

Z tej okazji wrzucam kawałek sztuki bezwstydnego rysownika (i malarza) Marka Raczkowskiego. Ten rysunek całkiem nieźle obrazuje sposób czerpania inspiracji do najczęstszych tematów moich notek. Fajnie by było napisać kiedyś książkę, która opłaciłaby choć jeden nałóg…

raczkowski1.jpg

Ikony nad łóżkami

Nie dziwię się, że Pilch zahaczył o swoją leworęczność, bo podejście do tego tematu może ustawić wszystko. To jak się człowiek kształtuje w odniesieniu do innych, do wszystkich praworęcznych, zakładających z góry, że jest się osobą praworęczną. To, że dostaje się nożyczki dla praworęcznych z poleceniem wycinania odpowiednio rzeczywistych kształtów, kiedy ostrza są źle ustawione, a ręka jakoś nie chce się na siłę do nich ułożyć.

Myślę o tym leżąc twarzą w pościeli, na własnym łóżku, bez przykrycia. Jest poniedziałkowy wieczór, a ja jestem nieprzytomna. Nawet nie jakoś odurzona, po prostu chaotycznie apatyczna. Nad moją głową słyszę wrzaski sąsiadów i disco polo. Ich kłótnia powraca od kilku godzin i za każdym razem jest coraz gorzej. Matka krzyczy na córkę, nie słyszę co się dzieje. Ktoś puka do drzwi? Ktoś przewraca meble? Ktoś coś rozbija? Ktoś znowu krzyczy? Kto tak stuka?
Unoszę lekko głowę i widzę wpatrzone we mnie kocie oczy. Traszka.

Zdejmuję ka10624930_10153878672267139_4126187197687271108_nptur bluzy, uchylam drzwi do przedpokoju, a one skrzypią niemiłosiernie. Skradam się do wizjera. Na korytarzu majaczą dwie  postacie, jedna z notesikiem. „Świadkowie Jehowy” myślę. „Otworzę i pożegnam ich osobiście” decyduję na przekór wszelkim zasadom, jakie wpajali mi rodzice. Po otwarciu od razu czuję, że coś jest nie tak, bo zamiast dwóch ugrzecznionych facetów albo dwóch starszych kobiet, jakich się spodziewałam, widzę jednego nastolatka i jednego starca. Ten drugi ma koloratkę i to naprowadza mnie na tory dość ospałej dedukcji, której bieg zaburzają wrzaski sąsiadów z góry. Brzmi to, jakby się na zmianę bili i ganiali po mieszkaniu. Wyobrażam sobie, jak toksyczna matka o fizjonomii posłanki Pawłowicz próbuje złapać swoją córkę dresiarę za długie blond włosy i uderzyć jej głową o meblościankę, po drodze potrącając kosz z klockami swojego trzyletniego wnuka i zasypując go stekiem przekleństw, bo wylał coś na podłogę…
– To pan… to pan… – z wysiłkiem próbuję dokończyć zdanie – pan po kolędzie? – pytam stojącego na moim progu księdza. Przy okazji zauważam, że on zdaje się nie słyszeć sąsiadów, choć echo wrzasków niesie się po całej klatce schodowej.
– Tak – odpowiada sceptycznym tonem. Pewnie nie spodobał mu się ten „pan”, domyślam się wyjątkowo jak na mój stan bystro.
– My nie przyjmujemy – oświadczam bez zastanowienia, całkiem przytomnie. Nastolatek za plecami księdza ma śmiertelnie znudzoną minę. Jego szef już się nie uśmiecha.
– Jaki to numer mieszkania? – pyta rozdrażniony.
– Pięć – rzucam i trzaskam mu przed nosem drzwiami, widząc jeszcze jak sięga po swój notesik.
„Koty mi pobudzili” myślę ponuro, bo w przedpokoju wpatrują się we mnie z umiarkowaną sympatią dwie pary niemych oczu.

Zaraz siadam do komputera i opowiadam znajomej wegetariance i znajomej cyklistce o tym spotkaniu. Tak naprawdę mam straszną ochotę pogadać z osobą, z którą spędziłam wczoraj dzień i z którą mi nie wolno. Widzę, że jest dostępna i muszę sobie mocno zakazać robienia czegokolwiek, myślenia o niej. Na durne szczęście i tak nic sensownego nie jestem w stanie. W końcu włażę pod pościel, bo jest cholernie zimno, choć przypominam sobie, że wczoraj prawie w ogóle mi ten mróz nie przeszkadzał. Powoli zamykam oczy i przytulam mocno poduszki. Zasypiając, słyszę odległy jeszcze sygnał policji, kołyszącej mnie i moich pobożnych sąsiadów do snu.